Kazimierz Mikłaszewicz: Przez piłkę wyrzucili mnie ze szkoły
- Ile ma Pan lat?
- W tym roku kończę 90. Urodziłem się w Hnieźnie koło Wołkowyska, na dzisiejszej Białorusi. Tata był szoferem ordynatora miejscowego szpitala, a mama zajmowała się dziećmi. Po II wojnie światowej, kiedy wiadomo już było, że te tereny przypadną Związkowi Sowieckiemu, tata podjął decyzję o wyjeździe do Polski. Wystarał się o „bumagę”, załadowaliśmy do pociągu repatriacyjnego to, co mogliśmy, i w 1946 roku pojechaliśmy w nieznane.
- I trafiliście od razu do Elbląga?
- Nie od razu. Pociąg wlókł się niemiłosiernie – bywało i tak, że stał dwa dni w jednym miejscu i nikt nie wiedział, kiedy oraz gdzie ruszy dalej. Rodzice przed wojną mieszkali w Warszawie. Do Hniezna wrócili kilka lat przed wybuchem wojny, żeby opiekować się mamą taty. W trakcie powojennej repatriacji przejeżdżali przez spaloną Warszawę i widzieli ruiny miasta, w którym kiedyś wiązali swoją przyszłość. Ostatecznie wysiedli w Trzciance koło Piły. Ojciec znalazł murowany, poniemiecki dom z ogrodem i ziemią uprawną. Na tym im zależało – chcieli być rolnikami.
Z Hniezna przywieźliśmy wyposażenie gospodarstwa, krowy i konia. Z koniem wiąże się zresztą ciekawa historia. Ojciec złapał go, kiedy Niemcy wycofywali się pod naporem Armii Czerwonej. Każdy żołnierz radziecki, kiedy tylko widział konia, natychmiast chciał go rekwirować. Odstępował od tego zamiaru dopiero wtedy, gdy dostał litr samogonu. Kilka litrów ojciec rozdał, ale koń szczęśliwie przyjechał z nami na Ziemie Odzyskane.
- To skąd w Państwa życiu wziął się Elbląg?
- W Krynicy Morskiej mieszkali nasi krajanie z Hniezna. W 1948 roku Zygmunt Jackowski, nauczyciel z naszej rodzinnej miejscowości, znalazł ojca w Trzciance i zaproponował mu przeprowadzkę do Elbląga oraz pracę w Gdańskim Urzędzie Morskim jako kierowca. Ojciec długo się nie zastanawiał – podejrzewam, że chciał po prostu mieszkać razem z sąsiadami z Białorusi. Spakowaliśmy się jeszcze raz i przyjechaliśmy do Elbląga, gdzie znajdowała się filia Urzędu.
Zostaliśmy zakwaterowani w czerwonym, ceglanym budynku przy drodze do elewatora zbożowego. Ten budynek istnieje do dziś. Potem dostaliśmy mieszkanie w jednej z kamienic przy ulicy Lubranieckiej. Tych domów już nie ma – na ich miejscu stoją bloki. Ja zacząłem naukę w Szkole Podstawowej nr 5. Jej również dzisiaj już nie ma (budynek pozostał, jest własnością prywatną - red.)
- Jak Pan trafił do piłki?
- Razem z braćmi Kubiczkami: Czesławem i Romanem, chodziliśmy razem na treningi boksu i piłki nożnej. Po lekcjach dzieciaki nie miały co robić, więc trzeba było znaleźć sobie jakieś zajęcia pozalekcyjne. Zaczynaliśmy od drużyn podwórkowych: ulica na ulicę, dzielnica na dzielnicę. Jako trampkarz w szóstej klasie podstawówki trafiłem do Spójni Elbląg. Pewnie dlatego, że ich boisko było najbliżej.
Warto wiedzieć: Spójnia Elbląg to jedno z wielu kół sportowych działających w latach 50. w Elblągu. Powstała z przekształcenia klubu Kolejarz, następnie przekształcona została w Spartę, a na końcu w Polonię. W grudniu 1959 roku, po fuzji z Turbiną Elbląg, powstała Olimpia Elbląg. Spójnia, Sparta i Polonia działały przy Zakładach Wielkiego Proletariatu, a ich boiskiem domowym był stadion przy ulicy Krakusa.

W płaszczu trener Henryk Babicz ze swoją drużyną (z archiwum Kazimierza Mikłaszewicza)
- Gdzie trenowaliście?
- Treningi odbywały się w parku Modrzewie. Obok znajdowała się hala, w której rozgrywano słynne mecze bokserskie, cieszące się ogromnym zainteresowaniem kibiców. Oficjalne mecze piłkarskie graliśmy z kolei przy ulicy Krakusa.
Trener Henryk Babicz (na zdjęciu wyżej) niemal od razu wysłał mnie na bramkę. Miał trenerskiego nosa, bo na pierwszy rzut oka nie bardzo się na bramkarza nadawałem. Byłem niski, ale brak wzrostu nadrabiałem sprawnością fizyczną i grą na przedpolu. Nie bałem się rzucać pod nogi rywali. W Polonii na obronie grali Janek Serwadczak i pan Siudak – imienia niestety już nie pamiętam. Jak piłka ich przeszła, to ja się rzucałem. Niby rzut rozpaczy, ale często w ten sposób ratowałem drużynę przed stratą bramki. Te parady zawsze wzbudzały entuzjastyczne owacje na trybunach! Byłem szybki i skoczny – na 100 metrów miałem czas 12,4 sekundy, co na owe czasy było bardzo dobrym wynikiem. To Henryk Babicz zrobił ze mnie bramkarza, który naprawdę wyróżniał się w Elblągu. Bramkarskiego fachu uczyłem się od Stefana Olińskiego. Miał warunki na bramkarza, lubił popisać się efektownymi paradami. Mieliśmy czasami do niego pretensje, gdyż czasem parad nie wyszła i traciliśmy bramkę, a wystarczyło po prostu złapać piłkę.
- Czym Henryk Babicz wyróżniał się jako trener?
- Przede wszystkim nauczył nas grać w piłkę. Juniorzy Polonii byli najlepszą drużyną w Elblągu, a trener potrafił powoli wkomponowywać nas w seniorski zespół. Kiedy powstawała Olimpia Elbląg, trzon nowej drużyny stanowili właśnie piłkarze Polonii. Graliśmy wtedy w A-klasie, najwyżej spośród elbląskich drużyn.
Druga sprawa – trener umiał z nami postępować. W latach 50. młodzi ludzie nie mieli co robić po szkole. Mecz graliśmy w niedzielę po południu, więc co młodzi chłopcy, którym hormony buzują, mieli robić w sobotni wieczór? Szli na zabawę! Mogło się to skończyć tak, że w niedzielę nie mielibyśmy siły grać. Pamiętam, że przed jakimś ważnym meczem trener zaprosił prowodyrów do siebie do domu. „Posiedzimy, pogadamy, w karty pogramy” – mówił. Poszli... Najważniejsze, że nie zabalowali i w niedzielę wygraliśmy! Piłkę pokochałem do tego stopnia, że w końcu wyrzucili mnie ze szkoły.
- Może Pan podać jakieś szczegóły?
- Po szkole podstawowej dostałem się do Technikum Budowy Maszyn przy ulicy Długiej (dziś to Technikum Mechaniczne przy ulicy Komeńskiego). Mała dygresja pokazująca Elbląg z lat 50.: w Szkole Podstawowej nr 5 było tak ciasno, że ostatnie, siódme klasy uczęszczały do budynku przy ulicy Pocztowej, obok I Liceum Ogólnokształcącego. To był charakterystyczny, czerwony budynek, w którym później mieściła się biblioteka pedagogiczna.
W technikum zamiast na lekcje wolałem chodzić na treningi. W drugiej klasie wyrzucili mnie ze szkoły z powodu niskiej frekwencji. Wtedy specjalnie się tym nie przejąłem – miałem przynajmniej więcej czasu na sport. Ojciec załatwił mi pracę w PKS-ie jako dysponent techniczny. Kierowałem autobusy i samochody do remontu oraz dopuszczałem je do ruchu. Dość szybko zdałem sobie jednak sprawę, że szkołę wypadałoby skończyć, ale to już nie było takie łatwe. Edukację uzupełniłem dopiero po kilkunastu latach, już jako dorosły człowiek.

Mecz Polonii (w białych strojach) (z arch. Kazimierza Mikłaszewicza)
- Wracając do piłki nożnej: jaki był Pana najciekawszy mecz w karierze?
- Z pierwszą drużyną Lechii Gdańsk. Nie pamiętam już dokładnie, w którym to było roku. Chcieliśmy zagrać z jakimś klasowym zespołem i sprawdzić się na tle silnego rywala. Gdańszczanie występowali wówczas w I lidze (dzisiejsza Ekstraklasa). W ich składzie grali m.in. bramkarz Henryk Gronowski, w obronie Roman Korynt, a w ataku Robert Gronowski i Roman Rogocz.
Działacze Lechii niespecjalnie chcieli grać z tak słabą drużyną jak Polonia, występująca na czwartym poziomie rozgrywkowym. Ale Aleksy Rogisz znał się z trenerem Lechii, Tadeuszem Forysiem, i pojechał z nim porozmawiać. Od słowa do słowa ustalili, że Lechia zagra z reprezentacją Elbląga – czyli de facto z Polonią wspartą najlepszymi piłkarzami z innych elbląskich klubów. Doszło do nas trzech napastników z Lotnika, kilku zawodników z Turbiny i bramkarz (chyba z Gryfa Słupsk, wzięty za pośrednictwem Lotnika). Ja miałem być drugim bramkarzem, bez gwarancji, że w ogóle wejdę na murawę. To i tak było dla mnie ogromne wyróżnienie – chwilę wcześniej wyszedłem z wieku juniora, a tu znalazłem się w składzie na mecz z potężną Lechią!
Warto wiedzieć: Aleksy Rogisz – pionier Elbląga, działacz sportowy, dziennikarz, od 1953 roku przewodniczący Miejskiego Komitetu Kultury Fizycznej. Twórca m.in. elbląskiego oddziału Polskiego Klubu Morskiego, sędzia łyżwiarstwa szybkiego, boksu i lekkiej atletyki, trener piłkarski oraz jeden z organizatorów KS Rzemieślnik przy Cechu Rzemiosł Różnych.
- A co to była za drużyna ten Lotnik Elbląg?
- To była drużyna wojskowa, funkcjonująca przy jednostce lotniczej na Zatorzu. Mieli piłkarzy z przeszłością w II i III lidze – jak na elbląskie warunki to byli rewelacyjni zawodnicy. Wzięliśmy od nich trzech napastników, a czwartym był polonista Stefan Ocipko. Uważam, że w latach 50. był to najlepszy piłkarz w Elblągu. Postrach każdego bramkarza! Bardzo skryty w sobie. Pamiętam, że po meczu my szliśmy do szatni, a on prosto na trybuny, do żony i dzieci. Nie chciał rozmawiać o niczym innym niż o piłce. Dopiero kilkanaście lat temu dowiedziałem się, że w czasie wojny walczył w Armii Krajowej, co może tłumaczyć, dlaczego po wojnie był tak skryty. Pracował na produkcji w Zakładach Wielkiego Proletariatu. Przy jednym stole razem z Romanem Kubiczkiem zbijali skrzynki amunicyjne dla wojska.
Na obronie reprezentacji Elbląga zagrał Adam Wnęk, wówczas piłkarz Turbiny. Trenerem naszej drużyny był Aleksy Rogisz. Graliśmy na stadionie przy ulicy Agrykola – najbardziej reprezentacyjnym obiekcie sportowym w tamtych czasach, gdzie swoje mecze rozgrywała Turbina, występująca wtedy w B-klasie.
- Przejdźmy zatem do samego meczu z Lechią.
- Do tej pory pamiętam, gdzie byłem w każdej minucie tego spotkania! Zacząłem na ławce rezerwowych. Lechiści od początku pokazali swoją siłę. Pierwszy gol padł mniej więcej po 15 minutach – strzał z pola karnego nie do obrony. Za chwilę tracimy drugą bramkę, zbyt łatwo. Nasz bramkarz grał zbyt blisko linii i Gdańszczanie to wykorzystali. Trener się wkurzył i po 30 minutach wpuścił mnie na boisko.
Lekki stres był, nie powiem. Ale pierwszą piłkę złapałem pewnie, podałem do Piotrka Zawiszy (też grał w Polonii), on pognał do przodu i miałem chwilę oddechu. Potem miałem okazję rzucić się pod nogi jakiemuś lechiście – udało się obronić, a trybuny nagrodziły mnie głośnymi oklaskami. Nabrałem pewności siebie i chyba do końca meczu zachowałem czyste konto! Babicz z Wnękiem grali w obronie niesamowicie, wszystkie wysokie piłki zgarniali. A czego nie zgarnęli, to ja wyłapywałem.
- Sensacja.
- I to spora! Większość kibiców spodziewała się, że dostaniemy minimum sześć bramek. Lechia to był wówczas czołowy zespół I ligi, a my... ubodzy krewni z czwartego poziomu rozgrywkowego. Chciałem zobaczyć słynnego Romana Korynta, tylko nie wiedziałem do końca, jak on wygląda. Za naszą bramką stał trener Lechii Tadeusz Foryś, więc zapytałem go po prostu, czy Korynt gra na boisku. Pamiętam, że chyba go zdenerwowałem tym pytaniem... Korynt grał.
Po tym meczu elbląscy działacze uzmysłowili sobie, że Elbląg stać na drużynę w III lidze. Moim zdaniem ten mecz z Lechią był praprzyczyną powstania Olimpii Elbląg i jej późniejszego awansu. Tego spotkania nie zapomnę nigdy. Polonia w kolejnych latach zawzięcie walczyła o awans, ale zawsze czegoś nam brakowało.

Polonia Elbląg. Od prawej: Jan Serwadczak, Kazimierz Mikłaszewicz, Siudak, Matuszewski, Edek Szmydt, Stefan Ocipko, Piotr Zawisza, Rysiek Żukowski, Marian Gramatowski, Władek Pacześniak, Czesław Kubiczek (z arch. Kazimierza Mikłaszewicza)
- Dlaczego nie zagrał Pan w barwach Olimpii Elbląg?
- Upomniało się o mnie wojsko. W kamasze miałem iść już w 1958 roku, ale Polonia załatwiła mi odroczenie o rok. I wtedy coś zaczęło się psuć w klubie. Doszło do wymiany pokoleniowej i miałem wrażenie, że brakuje już dla mnie miejsca. Trenerami Polonii zostali Ryszard Hauton i Aleksandr Grudziński. Henryk Babicz był powoli odsuwany od pierwszego zespołu.
Zacząłem poważnie myśleć nad dokończeniem edukacji. Z drugiej strony w Polonii planowano już fuzję. Ostatecznie skaperowała mnie Turbina Elbląg – dostałem pracę w Zamechu. I tu ciekawa anegdota: jak mnie namawiali, to obiecali, że o godzinie 10 będę mógł iść na trening, a po południu się uczyć. Trafiłem do działu naprawy wózków akumulatorowych. Długo tam miejsca nie zagrzałem, bo okazało się, że moja nieobecność dezorganizuje pracę. Ostatecznie zostałem kierowcą takiego wózka – rozwoziłem detale i części na poszczególne wydziały. Nie trwało to jednak długo, bo w sierpniu przyszedł rozkaz stawienia się w Kwidzynie, w szkółce podoficerskiej. Bardzo nie chciałem iść do wojska, ale już nikt nie mógł mi pomóc. 15 października zameldowałem się w koszarach.
- Jak potoczyły się Pana losy po powrocie z wojska?
- W trakcie służby wojskowej doznałem kontuzji kolana – niewielkiej i niegroźnej dla kogoś, kto nie uprawia wyczynowo sportu. Po ośmiu miesiącach zwolnili mnie do cywila, ale w Olimpii nikt już na mnie z otwartymi ramionami nie czekał. A ja przede wszystkim chciałem w końcu skończyć szkołę.
Piłkarska przeszłość jednak się przydała. Aleksander Grudziński – piłkarz, trener i działacz sportowy – załatwił mi pracę w Mostostalu, który wówczas wykonywał w Elblągu usługi na rzecz Zamechu. Zaczęło się prawdziwe, dorosłe życie. W III lidze niestety nie miałem już okazji zagrać.
Warto wiedzieć: Aleksander Grudziński – zasłużony piłkarz, trener i działacz sportowy. Autor nazwy Olimpia Elbląg dla klubu, który w 1946 roku powstał na gruzach Syreny Elbląg.

Kazimierz Mikłaszewicz (fot. Anna Dembińska)